Stałam przed zapraszająco uchylonymi czerwonymi drzwiami. Były stare.
W ich dolnej płycinie, spod kilkunastu warstw farby olejnej uporczywie przebijały się misternie rzeźbione kwiaty.

Kwiaty.

Były wszędzie.
Zdobiły portal, płaszczyzny międzyokienne, oplatały opaski i podniebienia dwóch symetrycznych wykuszy.
Znad portalu ciekawie zerkała na mnie kobieta.
Piękna, jasna i kamienna.
Nikt by nawet nie przypuszczał, że ma ponad 100 lat.
Zdolny artysta zaklął jej piękno w odlewie i postanowił zrobić z niej strażnika secesyjnej kamienicy.

Niepewnie przestąpiłam próg.
Odczekałam chwilę, by oczy przyzwyczaiły się do półmroku.
I oniemiałam.

Pod stopami miałam piękny rozłożysty ceramiczny kobierzec. Ciągnął się od wejścia aż do samych schodów, wyznaczał drogę i kierował ku najcenniejszym skarbom tej kamienicy.

Z zielonych ścian strefy wejścia wyrastały kwiaty.
Oplatały ledwo już widoczne malowidła.
Muskając je wzrokiem, skierowałam się w głąb kamienicy, oczami wyobraźni zagłębiałam się w jej świetlaną niegdyś historię.

Wstrzymałam oddech.
Wyciągnęłam rękę, bojąc się, że to, co widzę, zaraz może zniknąć.
Rozpłynąć się we mgle zapomnienia – gruzie i pyle rozbiórkowym.
Zbyt wiele ich już widziałam, zbyt łatwo morduje się teraz kamienice.

Przejechałam delikatnie dłonią po drewnianej poręczy.
Była ciepła, budynek żył.

Pierwsze tralki na schodach były znacznie zubożone.
Jakby ktoś na siłę próbował pozbawić ich lekkości, ich historii.
Wiedziałam, że to “łowcy metali”, którzy zamiast piękna kamienicy woleli “piękno” swojego upojenia alkoholowego.

Podniosłam wzrok i zakręciło mi się w głowie.
Schody zabiegowe o stalowej konstrukcji wiły się wewnątrz kamienicy niczym wielki potężny stalowy smok.
Łuski z misternie wygiętych tralek nieznacznie połyskiwały różnymi barwami na półpiętrach, tam, gdzie jeszcze zachowały się elementy witraży w oknach.

Nie pamiętam, jak znalazłam się na samej górze, tuż przy wejściu na rozgrzane popołudniowym słońce poddasze.
Ale było to jedyne miejsce, gdzie mogłam podziwiać balustradę w całej jej dawnej okazałości, bez ubytków.

Łodygi roślin niby od niechcenia oplatały pas dolny i górny. Idealne liście, tak bardzo realne, zdawały się poruszać na wietrze czasu.
A w samym środku, sercu przęsła balustrady, złocił się słonecznik.
Jedyny i ostatni.

Niczym symbol umiejętności dawnych rzemieślników.
Niczym symbol secesji – ducha ponadczasowego piękna, zapamiętywanego w metalowych kształtach przez dawnych mistrzów.

Oto czym jest dla mnie secesja – życiem natury zaklętym w misternych zdobieniach przez myśli i dłonie wrażliwego na jej piękno człowieka.

Pokaż podobne
Pokaż więcej Kamienice bytomskie

Zobacz również

Powstańców Warszawskich 30

Bytom, ul. Powstańców Warszawskich 30. Kamienica z 1896 roku.     …